czwartek, 19 lipca 2012

Samotność wśród ludzi.

Ciągle mówię sobie, że jutro będzie inaczej, nie zrobię tego, nie chcę już, mam dość, czuje ogromne obrzydzenie, wstręt do samej siebie, do tego co robię. Przecież ja rządzę swoim ciałem, to ja ciągle popełniam błąd i nikt inny jak ja sama nie może mi kazać zaprzestać, a skoro ja nie potrafię to dlaczego niby psycholog czy psychiatra dałby radę? Dlaczego tak ciężko jest sobie z tym poradzić.
Przecież mam marzenia, mam wspaniałych przyjaciół, chłopaka, rodzinę. Którzy i tak nie raz cierpią przez moją buli, przez to, że wolę albo raczej muszę być z nią zamiast pojechać do przyjaciółki, wyjść z chłopakiem na spacer czy posiedzieć zwyczajnie z mamą.
Wstaję rano z myślą, że muszę się najeść, a raczej nażreć. Idę do łazienki myję włosy, robię makijaż, a wszystko dla niej. Wskakuje w rurki, ubieram jakąś bluzkę, biorę torebkę i idę do najbliższego samoobsługowego sklepu. Na głodny żołądek mam ochotę na wszystko, ciastka, batony, czekolada, paluszki, chipsy. Biorę ogromną ilość jedzenia i idę do kasy. Tam zawstydzona rozglądam się czy nie ma jakiegoś znajomego, kogokolwiek kto mógłby pomyśleć 'ile ona je! przecież jest gruba, będzie jeszcze bardziej'. Płacę, pakuję wszystko do torebki i szybko idę do domu. Ledwo wchodzę i już mam w buzi kilka ciastek, ledwo siadam na łóżku i już jem paluszki. Jestem sama w domu. Nie muszę się ukrywać w swoim pokoju. Siedzę w salonie i jem już batony. Po zjedzeniu wszystkiego czuję, że mam pełny żołądek, ale nie chcę tak bardzo wisieć z głową nad ubikacją, wolę iść jeszcze po kilka kanapek, żeby odwlec w czasie ten niemiły moment. Czuje się wtedy jak ktoś dla kogo nic innego się nie liczy, nie odbieram wtedy telefonów, nie otwieram drzwi listonoszowi. Istnieje tylko jedno. Jedzenie.
W końcu robię tę okropną rzecz, jestem rozczarowana, że znowu. Jestem zapłakana, jestem obrzydliwa.
Wstaję, myję zęby, płuczę usta i wychodzę jak gdyby nigdy nic. Znowu udaję. Udaję normalną, szczęśliwą dziewczynę. Oszukuję wszystkich wkoło.
Przyznanie się do tego, że choruję nie jest łatwe, a szczególnie najbliższym.
Ja nie wypieram się tego, że mam problem, ja po prostu nie chcę robić problemu innym.
Kiedyś myślałam, że jak moja mama się dowie to cały świat się zawali, będzie to strasznie przeżywać, pośle mnie do najlepszego specjalisty, będzie próbowała mi wynagrodzić to, że przez tak długi czas nic nie zauważyła, a co najgorsze, że będzie się obwiniać o to.
Mój tata z kolei będzie przeżywał to jeszcze bardziej, jestem jego ukochaną córeczką, rozczaruję go, ale nie da mi tego po sobie poznać. Wyda fortunę, tylko po to abym otrzymała należytą pomoc. Jest szczodry.
Tymczasem, gdy ja odważyłam się przyznać do BULIMII, gdy dławiąc się łzami, mówiłam mamie o tym, nie dostałam zrozumienia. Zostałam poklepana po plecach, usłyszałam kilka słów, że nie jestem gruba, że powinnam jeść regularnie posiłki w mniejszych ilościach, że POWINNAM wykazać trochę chęci i przestrzegać diety, a wtedy wszystko będzie dobrze.
Wtedy poczułam przeogromny ból. NIKT nigdy nie zrozumie osoby cierpiącej na tę chorobę, jak druga taka osoba. Dla moich rodziców jest to tak odległy temat, że odkąd wiedzą (3 miesiące) to unikają go.
Mama jedyne co potrafi zrobić to zwracać mi uwagę jak nie siadam z nimi do obiadu, robi mi wyrzuty.
Czuję się cholernie osamotniona, nie mam wsparcia w nikim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz